Pieniny

Pieniny kusiły od dawna. Nie tylko mnie.
Wymyśliliśmy taki mały, niewinny, nieformalny związkowy plenerek.
I zaczęło się. Zakupy, plany, palce na mapie, rozmowy, uzgodnienia.
Zbiórka w środę wieczorem, potem mozolna, wielogodzinna droga na południe.
Niepokój, czy zdążymy. Zajeżdżamy do Sromowców na dobrą godzinę przed wschodem słońca. Szybkie przepakowanie, zmiana ubrań i wyjście w góry.
Po nocy w podróży czas 80 minut na szczyt wydaje się być całkiem dobrym wynikiem.
Akurat zaczyna się misterium światła. Focimy do upadłego. Na galerię przychodzi trzech Słowaków, też z aparatami, robi się ciasno. Nie ma wyboru, trzeba się z tym pogodzić, zresztą sąsiedzi zza miedzy są sympatyczni i trochę rozmawiamy. Odwrót w dolinę jest męczący, przypomina o sobie brak snu. W Sromowcach zajmujemy kwaterę, jakieś śniadanie i spanie, spanie …
Pobudka krótko po południu. Przepakowanie plecaków, zaparzenie herbaty w termos, kanapki i .. w drogę.
Najpierw samochodem, a później już tylko na nogach 2 godziny z całym majdanem na plecach. Zawsze zastanawiam się, po co ja to wszystko noszę. Po co obiektyw ten czy tamten, skoro w ogóle go nie użyłem. Na szczyt prowadzi błotnista ścieżka. Prawie żadnych widoków ze szlaku. Dopiero na szczycie otwiera się nieznana i przepiękna panorama. Najpierw szukam miejscówek na rozłożenie karimat. Są, może nie zachwycają wygodą, ale bywało gorzej.
Światełko .. niczego sobie. Focimy do zachodu słońca. Później z dreszczykiem
niepewności wpełzamy do śpiworów. Noc wietrzna i mało sympatyczna. Poniżej szczytu szczeka jakiś oszalały kozioł, zły na nas za zajęcie ulubionego miejsca.
O pierwszej dzwoni właścicielka pensjonatu w Sromowcach, zaniepokojona naszą nieobecnością. Wiara w człowieka podnosi nas na duchu. Ranek budzi morzem mgieł poniżej. Aparaty znowu nie maja chwili wytchnienia.
Ruszamy w dół około 6:30. To zakrawa na cud, ale obok parkingu ktoś już otworzył
restaurację. Starsza, sympatyczna pani proponuje nam zupę. Delicje, tego nam było trzeba.
Szybki zjazd na kwaterę, prysznic i spać, spać, spać….
Po południu wychodzimy na łączki, na krótko, bo deszcz wiszący w powietrzu postanawia zaatakować znienacka milionem kropel. Szybko kładziemy się do łóżek ze świadomością nocnej pobudki. Wstajemy o drugiej. Śniadanie i w drogę. Trochę według mapy, trochę według tego, co poprzedniego dnia widziałem ze szczytu.
Wszędzie mgły po wieczornej ulewie. Trochę focimy z drogi, a później ruszamy na wierzchołek przez zroszoną łąkę. Mokre spodnie lepią się do nóg a woda chlupoce w butach.
Nic to jednak, łąka nas zachwyca, najpiękniejsza, najbardziej pachnąca i wspaniała łąka na świecie. Najchętniej wytarzalibyśmy się na niej, ale góry czekają.
Około 7 opadające mgły otwierają widok na okolice. Dobre miejsce wybraliśmy. Jesteśmy odrobinę zaskoczeni tym gdzie jesteśmy, ale warto było.
Robi się gorąco, ale widoczność nie jest zbyt dobra. Wracamy do samochodu. Obok parkingu
właścicielka baru wypasa dwie małe owieczki. Cudeńka prawdziwe. Też focimy 🙂
Chmur przybywa, deszcz znowu wisi w powietrzu. Wracamy, a po drodze udaje nam się zobaczyć bociana czarnego. Oczywiście też uwieczniony 🙂
Deszcz, deszcze, deszcz. Wieczorem wychodzimy na godzinny spacer za granicę.
Szkoda, że pogoda obraziła się na nas…
Niedziela – czas powrotu. Zawsze za krótko, zawsze niedosyt, zawsze mały smuteczek.
….. ale wrócimy…

This entry was posted in Bez kategorii.

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*