Krokusy 2012

Przekładałem wyjazd na krokusy do Chochołowskiej i przekładałem.
Zbliżył się koniec kwietnia, kwiaty mogły zniknąć w ciągu kilku dni.
Zapadła decyzja. Wyjazd oczywiście na noc. Szosa bez końca, korki, objazd polami,
czyli..normalnie. Około 6 jestem na Siwej Polanie. Zarzucam 20 kilogramów balastu na plecy i w drogę. Jest cicho, pusto, słońce próbuje przebijać się pomiędzy świerkami.
Zmęczony dochodzę na Polanę po prawie 2 godzinach. Są!!! Są cudne, kwitnące i ile ich.
Oczy proszą o chwilę odpoczynku. Zajmuję pokój w schronisku i zarządzam sam sobie godzinę snu. Potem najpierw kilka zdjęć, ot tak dla przypomnienia sobie jak to właściwie należy ustawić aparat. I do góry, do góry. Pierwszy w tym roku widok na Rohace.
Kilka zdjęć, ale zmęczenie bierze górę i wracam na Polanę. Focę do wieczora.
Jakaś lekka kolacja i…. zejście na Siwą Polanę do samochodu. Powrót w nocy to już
lekka przesada. Na szczęście księżyc wspaniałomyślnie oświetla wszystko wokoło.
Czołówki nawet nie wyjąłem. Kładę się spać o pierwszej z poczuciem aktywnie spędzonych ostatnich 36 godzin.
Kolejny świt oczywiście na zdjęciach, realizuję taki wymyślony już kilka lat temu projekt. Później biegiem na śniadanie i w góry. Polana zapełnia się dzikim tłumem, niezliczona rzesza ludzi napływa i napływa. A ja uciekam do góry…
Wieczór oczywiście na zdjęciach, ale zachód nie powala światłem.
Następny świt znowu zastaje mnie na upatrzonym miejscu. Karty zapełniają się kolejnymi plikami. Nad głową ani chmurki. Trochę szkoda, bo co to za pejzaże bez obłoków.
Wieczór wśród kwiatów i następny poranek także.
Przychodzi pora pakowania plecaka. Dlaczego on zawsze taki ciężki…
Czasem myślę, że gdy wracam, zabieram w nim wszystkie wspomnienia, widoki, zapamiętane chwile i przeżycia. I ten niesamowity nastrój świtu przed kapliczką.
Z dołu płynie rzeka ludzi, a ja pod prąd. Jak zawsze jakaś łezka w oku, smuteczek i
nadzieja, że wrócę….

This entry was posted in Bez kategorii.

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*